Ide sobie ulica. Usmiechnieta. W koncu bekit nieba, sonce przyjemnie grzeje. Pcham wozek. Maja wystawia specjalnie stopy do sonca. Ide, rozgladam sie. Jakis taki spokoj ogarnia dzielnice. Niby srodek dnia, ale nikt sie nie spieszy. Kazdy probuje zaczerpnac letniego sonca, ktory o dziwo dzisiaj nie meczy. Usmiecham sie bardziej, bo przede mna wizja zakupow z mama. Ide. Ludzie sie gapia. Usmiech odwzajemniaja…
A tu na przystanku dymek, a pod nim brzuszek zaawansowana ciaza.
Dla mnie widok kobiety w zaawansowanej ciazy palaca papierosy to rzadkosc. Wyjatki. Niechciane wyjatki. Idac, spogladajac na przystanek, nie wiedziaam co zrobic. Byam za, za na ta dziewczyne. Byo mi zal, tego maluszka co to nie ma zadnego wpywu na swoje zdrowie… W gowie miaam trzy wyjscia.
Pierwsze podejsc do niej i ja zjebac. Tak porzadnie, tak co by sie jej odechciao palic do konca zycia. Zrobic scene, wstyd przy ludziach. Poechtac sumienie i troske o dziecko. Powiedziec, ze za jest. Egoistyczna jest. Ze truje, ze zabija.
Drugie podejsc i zapytac, wytumaczyc. Bo moze to taka zachcianka? Moze stres? Jeden papieros tylko? Moze ona nie wie, ze truje. Moze trzeba ja uswiadomic, udowodnic. Porozmawiac tak zwyczajnie. Moze to tylko ten jeden papieros… ?
Trzecie zignorowac. Jej dziecko. Jej sumienie. Ich zdrowie. Nie bede sie wtracac, nie bede afery robic.
Ide sobie ulica. Usmiechnieta. W koncu bekit nieba, sonce przyjemnie grzeje. Ide, ludzie sie gapia. Usmiech odwzajemniaja… Spogladam na przystanek a tam dymek zasania brzuszek dziewczyny w ciazy. Spowazniaam, spojrzaam jej prosto w oczy, pokreciam stanowczo gowa i posmutniaam.
Dotaro?
